Wyświetlenie artykułów z etykietą: świadomość uczuć

środa, 21 sierpień 2013 12:49

Złość nie jest zła

Złość to nie agresja
To że mamy problem ze złością wskazuje samo słowo, jego źródłosłów – dlatego tytuł
tego tekstu brzmi w naszych uszach nieco paradoksalnie. Złość, czy raczej – otwarte
wyrażanie złości w relacjach z innymi ludźmi stanowi potężne kulturowe tabu. Dość
powszechnie złość utożsamia się z agresją. Takie przekonanie sprawia, że boimy się tego
uczucia; bardzo często też próbujemy doprowadzić do tego, by dzieci w ogóle, w żaden
sposób nie wyrażały swojego gniewu. Zwłaszcza wobec dorosłych.
Związek pomiędzy agresją a złością jest oczywisty, ale nie są to bynajmniej pojęcia
tożsame jak zdaje się sądzić wiele osób. Zależność ta ma charakter przyczynowo - skutkowy:
gdy odczuwamy złość, może pojawić się odruch rozładowania związanego z nią napięcia
poprzez zachowania agresywne. Jednak nie zawsze tak się dzieje, nie można więc postawić
pomiędzy jednym a drugim znaku równości. A przede wszystkim: zawsze mamy zdolność
decydowania o tym jak się zachowamy. Możemy wybierać takie sposoby wyrażenia swych
uczuć i taką formę rozładowania energii, które nie zrobią nikomu krzywdy, przeciwnie –
korzystnie będą wpływać na relacje z innymi i nasze samopoczucie.
Paradoks polega na tym, że im bardziej się boimy się złości, im mniej mamy
doświadczeń konstruktywnego jej wyrażania, tym większe ryzyko, że w naszym życiu pojawi
się agresja – w postaci zamaskowanej bądź w formie zupełnie niekontrolowanego wybuchu.
Dzieci, które zwykle początkowo nie maja oporu by reagować impulsywnie, są
piętnowane i karane za coś, co jest zupełnie naturalne. Ich gwałtowne zachowania budzą lęk,
który nas zaślepia i często sprawia, że przestajemy odróżniać prawdziwe zagrożenia od
niewinnej zabawy.
W trakcie zajęć dwóch małych chłopców nagle przerywa malowanie i zaczyna się
bawić w walkę przypominającą rycerski pojedynek. Ma on najwyraźniej swoje zasady,
walczący zadają sobie ciosy w ściśle określony sposób (przypominający jakiś starodawny
rytuał). Uderzenia nie robią nikomu żadnej krzywdy, obaj chłopcy są bardzo zadowoleni.
Wspomnę jeszcze, że formuła zajęć była dość luźna, nie wykluczała robienia tego na co się
ma ochotę. W pewnym momencie pani bibliotekarka (warsztat odbywał się bibliotece)
przerwała im mówiąc: „Tu nie wolno się bić”. Minęło kilka minut i zauważyliśmy, że te same
dzieci biją się naprawdę.
Ta historia wyraźnie pokazuje, że dzieci, podobnie jak małe zwierzątka, mają czasem
potrzebę bawienia się w „bojowanie” jak nazwał to jeden z opisanych powyżej chłopców.
Dzięki temu poznają własną siłę, ale też siłę innych osób, uczą się że mogą się bronić.

Co nam mówi złość? I jak ją rozpoznajemy?
Złość pojawia się wtedy, gdy na naszej drodze staje przeszkoda uniemożliwiająca nam
zaspokajanie swych potrzeb lub osiąganie celów. To może być osoba (zabraniająca,
nakazująca, atakująca), przedmiot, sytuacja. Powód może być też wewnętrzny – brak jakiejś
umiejętności, cechy, pewności. Gniew możemy odczuwać również wtedy, gdy ktoś nas
atakuje, próbuje zrobić jakąś krzywdę, chce nam coś odebrać. We wszystkich wypadkach
uczucie to dostarcza nam energii; dość oczywiste to wtedy gdy potrzebujemy siły by bronić
się przed atakiem, ale energia potrzebna jest także do przezwyciężania całkiem trywialnych
przeszkód.
Indywidualne sygnały odczuwania gniewu mogą być bardzo różne – jeśli mamy
podstawowy kontakt z własnym ciałem, możemy poczuć potrzebę uderzania, kopania,
tupania, krzyczenia, zniszczenia czegoś. Być może poczujemy wewnątrz falę gorąca, może
mrowienie, ucisk w brzuchu albo ból głowy. Warto zrobić na własny użytek albo razem z
dziećmi listę różnych objawów wewnętrznych złości, co z pewnością ułatwi identyfikację i
rozmowę w konkretnych sytuacjach. Nie zaszkodzi też podobny spis symptomów
występujących u osoby przeżywającej gniew - obserwowanych z zewnątrz. Zaczerwienione
policzki, zaciśnięte pięści, podniesiony głos, charakterystyczny grymas na ustach,
zmarszczone czoło. Mawia się, że ktoś zzieleniał, zbladł czy zsiniał ze złości; można z jej
powodu gryźć palce, zgrzytać zębami, zachłystywać się bądź trząść. Większość tych określeń
ma charakter literacki, niektóre są nieco przesadne, ale warto z dziećmi sobie o nich
porozmawiać w celu oswajania i poznawania omawianego uczucia.
Z kolei osoba chronicznie wypierająca złość, jest pozbawiona energii, często smutna
bez powodu, kiedy podaje ci rękę, nie odwzajemnia uścisku, jej dłoń bezwładnie zwisa. Przy
minimalnej wprawie i uważności, dość łatwo kogoś takiego zidentyfikować.

Jak ze złością postępować?
Z oczywistych powodów ograniczmy się do potencjalnych sytuacji w pracy z grupą
przedszkolną. Podstawowa kwestia, to moje własne, dorosłe uczucia. Kiedy spotykam się
dziećmi, dobrze mieć jasność co do stanu własnych emocji na wejściu. Jeśli mam jakiś
problem relacyjny przyniesiony z domu, ulicy czy jakieś dorosłej przedszkolnej relacji, warto
sobie to jasno uzmysłowić, poczuć i ewentualnie zaplanować sposób rozwiązania męczącej
nas kwestii. Zwykle pomaga to wejść w relację z dziećmi bez obciążenia i zminimalizować
zagrożenie, że uczucia skąd inąd będą się mieszały z tym co dzieje się na bieżąco.
Co robić jeśli zauważamy narastający swój gniew w relacji z dziećmi; któreś z nich
czy cała grupa akurat jest bardziej niż zwykle pobudzona, nie mam poczucia panowania nad
sytuacją itp. itd. Podstawowa rzecz ro właśnie zauważenie uczucia. Jeśli wychwytujemy je w
miarę na bieżąco to już znakomicie; warto nieustannie ćwiczyć tę umiejętność. Na pewno
dobrze nam zrobi kilka głębszych oddechów. A potem? Uświadomienie sobie zazwyczaj
rozładowuje napięcie i daje możliwość podjęcie racjonalnych działań. Pozostaje zadane w
jednym z wcześniejszych tekstów pytanie na ile chcemy i potrafimy wprowadzać informacje
o swojej złości do bezpośredniej relacji z dziećmi. Ważnym argumentem za jest fakt, iż
osobisty przykład jest najlepszą dla dzieci nauką. Ale do tego trzeba mieć pełne przekonanie
i pewność, że nie własnego gniewu nie będziemy używać jako narzędzia do wymuszania lub
zastraszania swoich podopiecznych.
Wyobraźmy sobie teraz sytuację, w której to dziecko lub dzieci przeżywają
intensywną złość. Pamiętamy, że warto powstrzymać się od oceny emocji, prób zaprzeczenia
lub zlekceważenia tego co dziecko czuje. Możemy je zapytać co czuje; w pytaniu może być
sugestia: „ Wydaje mi się, że coś strasznie cię rozzłościło.”, „Czy chcesz powiedzieć dlaczego
masz minę, jakbyś była zagniewana?”. Itp. itd. Jeżeli energia dziecko roznosi lepiej na
początek zaproponować coś, co ją rozładuje. Może potupanie, ryczenie jak smok, któremu
ktoś zabrał ulubiony deser, może poboksować powietrze. Może zaśpiewać wściekłą piosenkę:
„Zły, zły, zły. Okropnie jestem zły. Mam chęć kopać i gryźć. Pokazać swoje kły!” (można
razem z dziećmi wymyślić uprzednio jakiś prosty tekst na taka okoliczność). Albo narysować
swoją złość na dużym papierze. Można fikać gniewne koziołki lub podrzeć na strzępy
niepotrzebną gazetę. Możliwości jest mnóstwo – każda osoba może mieć nieco inne
preferencje. A kiedy ślepa żądza rozładowania energii, zamieniająca się często w agresję, już
jest za nami, możemy zająć się przyczyną emocji.
W sytuacjach kiedy napięcie od początku nie wielkie i od razu udaje się porozmawiać,
zidentyfikować przyczynę gniewu i rozwiązać problem, warto nie zapomnieć by na koniec nie
zapytać dziecka czy nie ma ochoty trochę potupać lub namalować tego co czuło. Tak by
stworzyć okazję do wyrzucenia z siebie resztek złości.
Oczywiście powyższy opis i przedstawione porady to schematyczny model, żywe
sytuacje mogą skłaniać do innych interwencji, czasem interweniować w ogóle nie musimy –
jeśli w naszej ocenie dzieci są w stanie same uporać się z rozwiązaniem konfliktu.
Na koniec tej części chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. Bardzo często
dorośli idą na skróty, w sytuacjach konfrontacji pomiędzy dziećmi chcą szybkiego jej
zakończenia kompletnie ignorując uczucia jej uczestników. „No, podajcie sobie ręce.” lub
„Szybko go przeproś i sprawa będzie załatwiona.” – jeżeli dzieci ciągle są na siebie wściekłe,
w ogóle nie mają ochoty się z sobą kontaktować, takie wymuszenie zgody sprawia, że na
pewno będzie ona papierowa, to właściwie zachęta do kontynuacji konfliktu przy najbliższej
okazji. Po wyjaśnieniu sprawy i wyrażeniu swoich racji zwykle musimy mieć trochę czasu by
emocje się wyciszyły, dać racjonalnemu umysłowi szansę na dojście do głosu. W przeciwnym
razie uczymy dzieci by same nie szanowały swoich uczuć i że zgoda nie jest prawdziwym
stanem uczuć i umysłu, tylko wymuszoną konwencją. Łatwo wyobrazić sobie konsekwencje
takiego przekonania w dorosłym życiu.

Złość piękności szkodzi
Stereotypów dotyczących uczuć jest wiele, ze względu na ograniczone miejsce, skupię
się tylko na tym, co moim zdaniem najbardziej szkodliwe. W wypadku złości jest to ściśle
związane ze stereotypami płci. Popularne powiedzenie przytoczone w tytule tej części tekstu
w oczywisty sposób odnosi się raczej do dziewczynek niż chłopców. Tradycyjne kulturowe
wzorce na znacznie więcej pozwalają tym drugim – kwestii wyrażania złości. Nie sądzę by
potrzebne były tu jakieś przykłady, wszyscy mamy gdzieś w głowach jakich zachowań się od
nas wymaga kiedy jesteśmy dziewczynkami, a jakich – chłopcami. Chciałbym się skupić
raczej na pokazaniu fatalnych konsekwencji tych przekonań. To, że dziewczynki oraz kobiety
są najczęstszymi ofiarami różnego rodzaju przemocy wynika nie tylko uwarunkowań
biologicznych - mniejszej siły fizycznej przeciętnej kobiety w stosunku do przeciętnego
mężczyzny. Ważniejsze jest fakt braku doświadczenia związanego z przeciwstawianiem się i
bronieniem, wyuczona uległość, brak poczucia własnej siły. Albowiem efektem chronicznego
nie dopuszczania swego gniewu do głosu, jest odbieranie sobie energii i wchodzenie w rolę
bezbronnej ofiary w sytuacji realnego zagrożenia. W większości sytuacji nie ma potrzeby by
szarpać się z napastnikiem. Najczęściej jakakolwiek zdecydowana reakcja – gest, krzyk, ostry
i jasny komunikat jest wystarczający, by uniknąć agresji. A poza tym, osoby asertywne, nie
mające problemu z ekspresją są znacznie rzadziej atakowane niż te z zablokowaną energią.
Często dziwimy się ofiarom długotrwałej przemocy, że latami znoszą upokorzenia i ból – ale
po to by szukać pomocy czy w jakikolwiek inny sposób przerwać spiralę przemocy, musimy
Nie chodzi bynajmniej o to by namawiać dziewczynki do udziału w bójkach, tylko o
świadomość, że także one czasami odczuwają złość, że mają do tego prawo. I że mają też
prawo do wyrażania swego gniewu. A także o to by pokazywać im jak mogą to robić w
sposób bezpieczny dla siebie i innych.
Oczywiście spotykamy zarówno mężczyzn z głębokim zahamowaniem jak i kobiety
nie mające problemu ze zdecydowanym stawianiem granic. Ale kulturowo i statystycznie
zdecydowanie jest to problem kobiet. Problem, który zaczyna się we wczesnym dzieciństwie
Pewnie każde z nas wielokrotnie widziało energetyczne małe dziewczynki, które nie dają
sobie w kaszę dmuchać i pięknie potrafią się złościć. To najlepszy dowód na to, że potrzeba
okazywania gniewu jest biologicznie zaprogramowana dla jednej wyłącznie płci.

Co grozi nam jeszcze?
Są też inne konsekwencje wypierania złości. Ta energia próbuje się wydostać w innej
formie – jeśli nie ma szansy na bezpośrednią ekspresję. Plotkowanie, złośliwe żarty, intrygi –
wszystko to może być nieświadomym efektem tłumienia gniewu. Zwróćmy uwagę, że znowu,
w dużej mierze są to cechy stereotypowo przypisywane kobietom.
Osoby głęboko chowające w sobie gniew mogą zapominać o dotrzymywaniu obietnic
i wywiązywaniu się z należących do nich obowiązków. Nadmiernie często mogą zdarzać się
jej drobne wypadki typu nieumyślne zniszczenie ulubionej rzeczy czy nadepnięcie komuś na
nogę (albo odwrotnie – co i raz ktoś inny niechcący robi tej osobie drobną krzywdę). Jeśli
jakiemuś dziecku przydarzają się regularnie tego typu kłopoty, mamy wskazówkę, gdzie
szukać ich przyczyny.
Druga skrajność to ślepa złość – uczucie, które nas zalewa i każe w kompulsywny,
przymusowy sposób reagować obronnie. Wszystko dzieje się automatycznie, nie jesteśmy w
stanie nad tym zapanować. Później albo żałujemy tego co zrobiliśmy albo temu zaprzeczamy.
Oba bieguny są ściśle z sobą związane: w świecie w którym istnieje zakaz otwartej
ekspresji silnych emocji, kiedy się już one uwalniają, mają moc lawiny nad którą bardzo
trudno zapanować.

Radość płynąca ze złości
Złość ma tak kiepską opinię, że niewiele osób pozytywnie potraktuje powyższy tytuł.
Raczej pomyślimy o czymś w rodzaju niezdrowej satysfakcji z zachowania agresywnego, ale
tu chodzi o coś zupełnie innego. Ciekawy jestem kto miał takie doświadczenie: Poczucie
odczuwania i obejmowania swego gniewu, tego że cała ta potężna energia jest nasza, mieści
się w naszym ciele, nie jest ani stłamszona ani nas nie przytłacza ani nie zalewa, że tylko od
nas zależy co z nią zrobimy. Kiedy pytamy małe dzieci, czy złość jest fajna, wiele z nich
odpowiada, że tak – one pewnie jeszcze są w stanie poczuć coś podobnego. My dorośli, w
większości wypadków już nie. Co nie oznacza, ze ie możemy do tego stanu powrócić.
Niezależnie od tego czy opisane przed chwilą doświadczenie jest przyjemne,
euforyczne, czy nie, warto pracować nad swoją złością tak, byśmy to my nad nią panowali, a
nie ona nad nami.
W trakcie zajęć warsztatowych mamy do czynienia z grupą dzieci, które najwyraźniej
„nosi”, biegają, krzyczą, nie mają ochoty podejmować proponowanych im zadań. Nie ma
takiej potrzeby, formuła spotkania jest otwarta, ale przeszkadzają innym, widać wyraźnie, że
lada chwila może dojść do większego między nimi konfliktu, co już zdecydowanie
pokrzyżuje nam plany. Proponujemy im zabawę w smoki i dinozaury. Wyznaczamy linię,
której nie można przekroczyć; z jednej strony smoki, z drugiej dinozaury mogą na siebie
ryczeć, szczerzyć zęby, wymachiwać rękami, tupać, robić straszne miny, ale nie wolno się
dotykać ani przekraczać linii. Po dwu, najwyżej trzech minutach, energia całkowicie się
rozładowuje, a jeden z chłopców całkiem spontanicznie siada w kącie i wymyśla taką historię:
„Jestem smokiem, który wysiaduje jajo. Jak się z niego wykluje mały smoczek, będę się z
nim bawił i pilnował żeby odrabiał lekcje. Będę się nim opiekował, aż mu wyrosną wielkie
skrzydła, jak moje i wtedy ode mnie odleci.” Po chwili inne osoby wymyślają też inne wersje:
„Będę go bił, Zjem go. Wyślę go w świat, wymyślę mu różne przygody i go inne smoki
zjedzą.”
Jak myślisz, co nam mówią te dziecięce opowieści? Niezależnie jak je
zinterpretujemy, zawsze stworzenie możliwości kontrolowanego rozładowania
nagromadzonej energii złości, przynosi pozytywne skutki.

Dział: Artykuły

Czyli co ma smutek do radości
Smutek budzi o wiele większy strach i opór niż można by się spodziewać. Nasza
kultura nastawiona na działanie, rywalizację i osiąganie sukcesów, stara usunąć ze
świadomości wszystko to co wiąże się z utratą, przegraną, bezradnością. Tymczasem po to
byśmy mogli odkrywać nowe możliwości – w sobie i w świecie zewnętrznym – musimy
pożegnać się z tym, co nie jest już potrzebne, co odchodzi. Czasem po to, by zyskać nowe
siły, musimy doświadczyć smutku pożegnania i wiążącego się z nim braku energii. Gdyż
smutek, w odróżnieniu od większości emocji, wiąże się nie z mobilizacją energii, a z jej
wygaszaniem.
Czasem unikamy smutku z obawy przed wpadnięciem w czarną dziurę, która nas
wessie. Efekt takiej ucieczki jest dokładnie odwrotny: jeśli nie przeżywasz na bieżąco
drobnych zmartwień, potem nie potrafisz opłakać większych strat, smutek będzie się w tobie
kumulował i w rezultacie możesz wpaść w naprawdę ciężką depresję. Lęk przed smutkiem
sprawia, że nie tylko sami robimy sobie krzywdę, ale też nie potrafimy mądrze towarzyszyć
dzieciom, kiedy spotykają się z czymś przykrym. Najczęściej albo pozostawiamy je same,
albo ignorujemy ich uczucia, albo na siłę pocieszamy – co również jest formą lekceważenia
tego co aktualnie przeżywają.
Często smutki dzieci widziane z naszej dorosłej perspektywy wydają się mało ważne,
wręcz śmieszne, bagatelizujemy je – ignorując tym samym uczucia dziecka. Niezależnie od
tego jak to wygląda „obiektywnie”, z perspektywy osoby przeżywającej smutek, on zawsze
ma sens. Dzieci poprzez doświadczenia drobnych strat – ulubionej rzeczy czy okazji do fajnej
zabawy mają okazję uczyć pożegnań. Kiedy muszą się zmierzyć później na przykład ze
śmiercią domowego zwierzątka czy nawet babci lub dziadka nie jest to dla nich skok w
przepaść; mają już pewne własne doświadczenia w tym względzie.
W tytule przywołuję i zestawiam ze smutkiem radość, nie jest to zestawienie
przypadkowe. Cywilizacja z jednej strony wiele nam oferuje, ale z drugiej w wielu sprawach
nas ogranicza – dotyczy to między innymi tego pierwotnego, elementarnego doświadczenia.
Radość oddychania, radość widzenia, słyszenia, dotykania, radość bycia jest podstawową
energią widoczną często u małych dzieci; podobnie odbierali często europejscy odkrywcy
nowych lądów ich „niecywilizowanych” mieszkańców. Istnieje wiele pełnych zdziwienia (ale
też poczucia wyższości) relacji na temat spotkań z naiwnymi dzikusami, których wszystko
bawi, cieszy, którzy błyskawicznie zapominają o swych zmartwieniach.
Smutek łączy się z radością nie na zasadzie opozycji na typu „dobre – złe”. Te uczucia
nie wykluczają się, ale stanowią kontinuum: coś nas zachwyca, wspiera, daje radość, potem
przemija, wybrzmiewa, wyrastamy z tego, przychodzi smutek pożegnania, a potem w naszym
życiu pojawiają się nowe radości i nowe ciekawe doświadczenia. Na tym polega rozwój. Jeśli
ciągłość zostaje zerwana, któryś z elementów tego naturalnego procesu zostanie amputowany,
pozostałe także nie działają właściwie. Gdy w poszukiwaniu szczęścia nie dopuszczamy do
siebie smutku, kolejne radości przestaną nam smakować, stracą świeżość i intensywność, a z
czasem w ogóle stracimy zdolność ich przeżywania.
Gdy przeżywamy uczucia bardzo intensywnie i świadomie, możemy dostrzegać ich
głębokie związki. Nawet bardzo dojmujący smutek ma w sobie nutkę szczęście - jakaś część
nas pamięta wszystko dobre co nas spotkało; jest w tym też oczekiwanie i przewidywanie
radości, które jeszcze nas spotkają. Z kolei nawet euforyczna radość kryje w sobie źdźbło
melancholii, jak gdybyśmy wiedzieli, że i ta chwila przeminie i nadejdzie czas trudniejszy.

Co nam mówi smutek
Jeżeli chcemy znowu poczuć wiosnę w sercu, musimy pozwolić odejść temu co stare i
zużyte. A jak to robić, uczy nas smutek. Bo nie można przeżywać naprawdę wielkiej radości,
jeśli zamykamy się na przeżywanie smutku, który pomaga pożegnać się z tym, co
nieodwołalnie tracimy. Łzy nas oczyszczają. To co pozostało niewypłakane, będzie nam
ciążyło i nas zatruwało. Często chcemy walczyć z rzeczywistością, cofnąć czas, zmienić coś
co nieodwracalnie się skończyło. Smutek odbiera nam energię dla naszego dobra – nie ma
najmniejszego sensu walczyć i szarpać się tam, gdzie nic już nie wskóramy. Jeśli akceptujemy
fakt, że na nic nie mamy ochoty, dajemy sobie czas na pogodzenie się z sytuacją, wszystko to
zawsze mija. Natomiast sztuczne pobudzanie się (lub kogoś), zmuszanie się do aktywności,
wspieranie środkami farmakologicznymi w dłuższej perspektywie zawsze wyrządza nam
szkodę – nie piszę o incydentalnych, doraźnych sytuacjach, tylko o stałej praktyce.
Mówimy tu o naturalnych emocjach, które dość szybko mijają, dynamicznym procesie
nieustannej zmiany. Innym przypadkiem są osoby dotknięte chronicznym smutkiem
połączonym często z apatią. To jest symptom poważniejszych komplikacji życiowych i
wymaga poważnego się nimi zajęcia. Wspomnę tylko tu, że jedna z możliwych przyczyn
takiego stanu rzeczy, to sytuacja, w której ktoś lub coś odbiera nam możliwość przeżywania i
wyrażania innych uczuć (była o tym mowa w artykule o złości).

Jak postępować ze smutkiem
Kiedy zaczynamy rozmawiać o tym uczuciu warto na chwilę spojrzeć do swego
Prywatnego Katalogu Uczuć – jeśli wynika z niego, że jest to coś, z czym mamy większy
problem, to – dla samej czy samego siebie - warto się tym zająć poważniej. Jeśli zaś stosunek
do smutku nie przekracza przeciętnego poziomu niewiedzy i oporu, możemy próbować
pomagać innym.
Na pewno warto powstrzymać odruch pocieszania. W większości przypadków
powiedzenia w rodzaju „uszy do góry”, czy „to nie powód by się zaraz mazać” stanowią
komunikat „Nie akceptuję tego co teraz czujesz” niż pocieszenie lub konstruktywną zachętę
do mobilizacji. Jeśli pozwalamy sobie i innym mieć czasem uszy „klapnięte”, one wkrótce
powędrują do góry w sposób całkowicie naturalny.
Mały chłopiec w trakcie zajęć siedzi w kącie, ma spuszczoną głowę, nic nie robi.
Podchodzę do niego i pytam:
- Co się stało?
- Nic. – pociąga nosem
- Smutno ci?
Teraz dziecku łzy płyną ciurkiem:
- Tak, bo pani kazała mi zejść z tej kanapy, a inni mogli tam być.
- Myślisz, że było to niesprawiedliwe?
- Nooo…

Chodziło o to, że obecna na warsztacie opiekunka interweniowała w konfliktowej sytuacji w
sposób, który według chłopca był dla niego krzywdzący. Wystarczyła chwila uwagi, kilka
pytań, unikanie interpretacji i ocen, adekwatne nazwanie uczucia, a chłopiec poczuł się
zrozumiany – za chwilę nie było nawet śladu po łzach.
Bardzo często samo nazwanie emocji otwiera możliwość szybkiego wyjścia z trudnej
sytuacji. Jeśli nie oceniamy, nie sięgamy po etykietkę, tylko wrażliwie zauważamy co dziecko
czuje, dajemy mu szansę na uświadomienie co się z nim dzieje, a tym samym szansę na pełne
przeżycie uczucia. Najlepiej zadawać nienarzucające interpretacji pytania, uważnie słuchać,
posługiwać się parafrazą – czyli powtarzać to, co dziecko powiedziało uzupełnione formułą
typu „czy dobrze cię zrozumiałam?”, „czy o to ci chodziło?”. My dorośli zazwyczaj żyjemy z
pokaźnym już bagażem niełatwych doświadczeń, mamy różne blokady, trudno nam reagować
błyskawicznie W wypadku dzieci sytuacja jest na ogół dużo prostsza, najczęściej wygląda to
tak, jak w opisanej scence. Ważne by dowiedzieć się czy potrzebuje ono chwili samotności
czy chce opowiedzieć co się stało i co czuje. Jeśli nie ma nadzwyczajnych przeszkód w
zaspokojeniu tych potrzeb, najlepiej natychmiast to dziecku umożliwić. Dobrym
rozwiązaniem jest stworzenie Kącika Smutków, w którym można się wypłakać, posiedzieć, a
inni nie mają prawa w tym przeszkadzać. Istnienie jakiegoś powszechnie znanego w grupie
rytuału związanego ze smutkiem stwarza mechanizm przyzwolenia na przeżywanie tego
uczucia, przyzwyczajamy się, że jest ono normalne i powszechne.
Tęsknota jest odmianą smutku pojawiającą się wtedy gdy jesteśmy oddzieleni od
kogoś lub czegoś co kochamy lub jest dla nas szczególnie ważne. W przedszkolu oczywiście
jest to zjawisko powszechne, zwłaszcza wśród nowych dzieci. Postępowanie w zasadzie nie
różni się od postepowania z innymi rodzajami smutku. W tym specyficznym wypadku
możemy więcej uwagi zwracać na obiekt tęsknoty dziecka – zaproponować by, na przykład,
narysowało list do nieobecnych rodziców albo w inny sposób wyraziło to co czuje w związku
z rozstaniem.

Cykl żałoby
Żałoba dotyczy nie tylko śmierci bliskich nam osób. W skali mikro przeżywamy ją
stosunkowo często tracąc znacznie mniej istotne elementy życia. Pamiętając o możliwości
pewnych odstępstw w indywidualnym przeżywaniu emocji od reguły, warto znać
prawidłowości cyklu żałoby. Gdy coś utracimy, prawie zawsze pojawiają się kolejno:
zdziwienie, złość połączona z zaprzeczaniem faktom bądź szukaniem winnych, POCZUCIE
bezradności i w końcu uwolnienie – najczęściej jest ono związane z płaczem, ten ostatni etap
zwykle nazywamy właśnie smutkiem. Jeśli nie mamy świadomości tego jak wygląda cały
proces, możemy niechcący przeszkodzić osobie w nim zanurzonej. Wszelkie próby
racjonalizowania, kwestionowania czy podważania adekwatności tego, co ona czuje z
pewnością jej nie pomogą. To, co czujemy jest faktem wewnętrznym, nie można temu
zaprzeczać. Natomiast możemy zmieniać stosunek do emocji, sposób ich ekspresji i
komunikowania.

Chłopaki nie płaczą
W tekście poświęconym złości byłą mowa o fatalnych dla dziewczynek i kobiet
skutkach stereotypów związanych z tym uczuciem. Tu z kolei przywołujmy potężny przekaz
kulturowy mówiący, że chłopcy nie płaczą. Trudno przecenić wszystkie szkody jakie on
spowodował. Tym bardziej, że owo „płakanie” jest w zasadzie symbolem wszystkich
„miękkich, niemęskich” uczuć. Dawno minęły czasy, gdy tego rodzaju twardość konieczna
były do przetrwania – nie wiemy zresztą jak było naprawdę, ale w dzisiejszych realiach z
pewnością ten model męskości jest mało użyteczny, wręcz szkodliwy.
Znam osobiście kilku mężczyzn, którzy twierdzą, że w żadnej sytuacji nie są w
stanie się rozpłakać – mimo, że bardzo by czasem chcieli, są mentalnie na to gotowi. Blokada
w ciele jest tak silna, że niemożliwe jest wyjście z zaklętego kręgu bez długoletniej czasami,
profesjonalnej pomocy. Tego rodzaju uwarunkowanie zazwyczaj ma korzenie w głębokim
dzieciństwie, dlatego tak ważna jest nasz uważność w tym względzie. Często reagujemy
automatycznie, bezrefleksyjnie wygłaszamy kwestie jak gdyby same pojawiające się na
języku – te powtarzane od wielu pokoleń, które zakorzeniają się w naszej świadomości, z
czasem zamieniają w przekonania i poglądy i wpływają mocna na nasze życie.
Nieumiejętność pełnego przeżywania i wyrażania uczuć, co równoznaczne jest z
pełnym przeżywaniem swego życia, powoduje, że tak wielu mężczyzn choruje i
przedwcześnie umiera. Brzmi to mocno i dość drastycznie, ale współczesna nauka nie
pozostawia wątpliwości co do ścisłego związku między sferą psychiczną a somatyczną, to co
kiedyś było jedynie intuicją, teraz potwierdza wiele różnorakich badań. Z drugiej strony brak
dostępu do wszystkich uczuć często rujnuje związki z ludźmi i nadzwyczaj utrudnia jeśli w
ogóle nie uniemożliwia pełnienie ról wychowawczych i opiekuńczych.
Dlatego pozwalajmy chłopakom płakać.

Dział: Artykuły
środa, 21 sierpień 2013 12:47

Po co nam uczucia i jak się z nimi obchodzić

Uczucia są zjawiskiem naturalnym. Oznacza to, że nie możemy się ich w żaden
sposób pozbyć (co niektórym wydaje się bardzo złą wiadomością) – są nieodłączną częścią
ludzkiej istoty i ludzkiego doświadczenia. Wszystko co w naturze się pojawia ma jakiś cel –
jeżeli zdajemy sobie sprawę jakie nasze emocje pełnią funkcje i w pełni je akceptujemy,
odnosimy wyłącznie korzyści. Bo uczucia są po to, by nam służyć. To, że zajmujemy się tą
kwestią w kategoriach „problemu”, wynika z kulturowego podziału na „słuszny i mądry
umysł racjonalny” oraz „kłopotliwe i niskie emocje”. Krótki artykuł nie jest właściwym
miejsce dla dociekania jak i dlaczego doszło do tego rozszczepienia i tak ustanowionej
hierarchii. Choć próba zbadania jakie były korzenie dyskryminacji sfery uczuć, jak przebiegał
ten proces, mogłoby powiedzieć wiele ciekawych rzeczy o naszej cywilizacji, a co za tym
idzie, o nas samych.

Do czego uczucia są nam potrzebne?
Podstawowa funkcja emocji związana jest z gospodarowaniem energią. W zależności
od konkretnych sytuacji życiowych pojawiające się w reakcji na nie uczucia pobudzają,
mobilizują naszą energię i określają jej kierunek. Albo energię wygaszają, gdy nie ma sensu
jej marnotrawienie. Te procesy odbywają się na poziomie instynktownym, odruchowym.
Możemy sobie wyobrazić, że w głębokiej przeszłości emocje występowały wyłącznie jako
działanie impulsywne. Jednak w miarę rozwoju cywilizacji, zmian zachodzących w relacjach
społecznych, ich stopniowej komplikacji, coraz większe znaczenie zyskuje funkcja
informacyjna. Emocje ostrzegają nas, informują o tym co dla nas dobre a co nie, czego
potrzebujemy a czego lepiej uniknąć.. Ale w tym momencie potrzebujemy strony racjonalnej
umysłu, współpracy obu półkul mózgowych.
Oczywisty przykład to wszelkie sytuacje związane z różnego rodzaju
niebezpieczeństwami. W sytuacji zagrożenia atawistyczny impuls nakazuje nam walczyć lub
uciekać. Obecne złożone i subtelne systemy zależności społecznych wymagają weryfikacji
takiego odruchu, nie każda tego rodzaju sytuacja wymaga natychmiastowego działania.
Dzięki temu, że jesteśmy świadomi swoich odczuć, uzyskujemy informację; teraz możemy
odwołać się do analitycznej strony umysłu, by zdecydować jak najwłaściwiej zareagować.
Wyobraźmy sobie na przykład dwie sytuacje. Osoba, która jest moją przełożoną w
pracy, krytykuje mnie w mało przyjemny sposób. Małe dziecko niezadowolone z jakiegoś
nałożonego na nie ograniczenia, rzuca się na mnie z pięściami. W obu sytuacjach jesteśmy
atakowani, reakcją na zagrożenie może być strach, złość lub mieszanka obu emocji. Na
poziomie impulsywnym może się pojawić odruch fizycznie rozumianej ucieczki lub walki. To
oczywisty absurd, ucieczka byłaby śmieszna, podjęcie walki z pewnością nie skoczyłoby się
dobrze. Jeśli jednak jesteśmy świadomi tego co dzieje się w naszym wnętrzu, mamy szansę
adekwatnie do sytuacji postawić granice. Osobie dorosłej możemy zwrócić uwagę na formę
jej krytyki i spróbować porozmawiać o problemie w sposób merytoryczny. Z kolei dziecku
zapewne najlepiej będzie w zdecydowany sposób przekazać komunikat „STOP! Nie zgadzam
się na to!”, a następnie porozmawiać o tym, co ono czuje, znaleźć bezpieczny sposób
rozładowania energii i wspólnie zastanowić się jak można rozwiązać sporną kwestię.
Oczywiście, sensowne zachowania w każdej z zarysowanych scenek mogą być różne, zależy
to od kontekstu, rodzaju relacji, jej historii, naszych osobistych uwarunkowań i preferencji
itp. itd. Chodziło mi tylko o unaocznienie sposobu działania emocji.
Gdy mamy nawyk tłumienia uczuć, jest wielce prawdopodobne, że w stresującej
sytuacji zareagujemy w sposób mało konstruktywny. W kontakcie z przełożoną możemy, na
przykład „połknąć” swój gniew, co w konsekwencji sprawi, że zastygniemy ze spuszczoną
głową, wszelkie argumenty świadczące na nasza korzyść gdzieś znikną – poczujemy w
spuszczonej głowie pustkę. Amputacja uczuć sprawia, że stajemy się bezbronni. Później
będziemy poirytowani, przygnębieni, relacja z szefową będzie gorsza – można spodziewać się
kolejnych podobnych zdarzeń.
W relacji z dzieckiem z kolei, jeśli nie mamy jasnej świadomości własnych emocji,
zapewne trudno będzie nam akceptować cudze – najczęstsza reakcja dorosłych to
zawstydzanie, karanie – generalnie odwołanie się do swej pozycji w hierarchii. Albo
ignorowanie. W obu wypadkach ani uczucia obu stron nie mają szansy na konstruktywne
wyrażenie, ani problem nie zostaje rozwiązany. Jednak najważniejszym negatywnym efektem
takich sytuacji, zwłaszcza jeśli nie są one odosobnione, jest utrata zaufania dziecka do
dorosłego. Dorośli zresztą zazwyczaj też nie czują się później dobrze. Próbują racjonalizować
swoje zachowanie, teoriami lub obiegowymi „mądrościami” przykrywać swoją bezradność –
bo taka też może być konsekwencja ignorowania uczuć.

Jak rozpoznajemy własne uczucia?
Wydawałoby się, że powyższe pytanie pozbawione jest większego sensu – przecież
emocje są naturalne, po prostu czujemy i już. To elementarna ludzka zdolność. Nie możemy
jednak szybko przejść nad tą kwestią do porządku - zbyt często widzimy sytuacje, w których
ludzie wytrenowani w tłumieniu uczuć, pytani o swoje emocje kompletnie się gubią, nie
potrafią nazwać tego co się w nich dzieje.
Podstawowa rzecz to odczuwanie własnego ciała – uczucia przemawiają właśnie
poprzez ciało. Aby mieć kontakt z ciałem, musimy oddychać – w sposób swobodny i pełny.
Jeżeli gubimy oddech, wstrzymujemy lub oddychamy bardzo płytko, kontakt ten gubimy.
Wówczas własne i cudze myśli, intencje, wyobrażenia czy pobożne życzenia mylą się nam z
uczuciami, w umyśle pojawia się mętlik. To bardzo częste zjawisko, gdyż zazwyczaj mamy
za sobą solidny trening zaprzeczania uczuciom, dostosowywania się do oczekiwań innych
osób, różnego rodzaju kalkulacji.
Nawiasem pisząc, wielokrotnie przywoływana przeze mnie dyskryminacja uczuć w
stosunku do rozumu, idzie w parze ze stosunkiem do ciała, traktowanego po macoszemu –
uważanego za coś gorszego od umysłu i/lub duszy (w zależności od światopoglądu).
Wróćmy do oddychania. Nie jesteśmy w stanie bez przerwy utrzymywać go na
opisanym powyżej poziomie - i wcale nie jest to potrzebne. Jednak wtedy, gdy chcemy się
skontaktować z uczuciami, powinniśmy wziąć parę głębszych oddechów, skupić uwagę na
ciele i dalej oddychać w sposób świadomy. Oddech jest cudowny – z jednej strony pobudza i
pozwala odczuwać, z drugiej uspokaja i tonizuje. Nie bez powodu zaleca się wzięcie kilku
głębokich oddechów wtedy gdy zalewają nas gwałtowne emocje. Niestety - bardzo często w
takich sytuacjach postępujemy zupełnie odwrotnie, tak jak gdybyśmy woleli nie czuć.

Oczywiście czasami możemy i mamy prawo nie pokazywać na zewnątrz swoich
prawdziwych uczuć, bo może to zaszkodzić nam lub innym osobom - nie żyjemy w świecie
idealnym. Ale powinniśmy wiedzieć co czujemy, by wiedzieć co skrywamy. Poza wszystkim
nasze postepowanie będzie wówczas bardziej skuteczne. Żeby móc kontrolować emocje,
trzeba mieć z nimi kontakt. Im więcej obcujemy z uczuciami, tym staje się to dla nas
łatwiejsze. Jak we wszystkich innych dziedzinach, potrzebujemy praktyki by czuć swobodę i
pewność.

Jak rozpoznajemy uczucia innych osób?
I znowu: nie pisałbym o czymś co wydaje się oczywiste i instynktowne, gdybym
wielokrotnie nie miał okazji być świadkiem nieporozumień wynikających z błędnych
interpretacji zachowań innych osób. Rzecz jasna zawsze możemy dopytywać, starać się
dowiedzieć co inni czują w sposób werbalny. I bardzo polecam, by to robić. Jednak częsty
problem polega na nadmiernym skupianiu się na słowach przy jednoczesnym zaniechaniu
uważnej obserwacji osoby, z którą jesteśmy w relacji. Często zdarza się, że chce ona ukryć to
co naprawdę czuje, albo sama jest na tyle zagubiona, że nie wie co się z nią dzieje. Jeśli
potrafimy zobaczyć człowieka (małego czy dużego), mamy większą szansę na pozytywne
kształtowanie naszej z nim relacji.
„Wszystko w porządku. Czuję się świetnie.” - ale głowa schowana w ramionach, mina
mocno niewyraźna, uciekający wzrok.
„Już się wcale nie gniewam, nie ma sprawy.” - zaciśnięte pięści, czerwone policzki,
zduszony głos.
Nie chodzi bynajmniej o to, by udowadniać komukolwiek, że w jego czy jej wnętrzu
dzieje się coś innego niż nam komunikuje. Po prostu wtedy, gdy widzimy co dzieje się
naprawdę, mamy wybór – możemy spróbować delikatnie komuś pomóc w określeniu swego
samopoczucia lub uznać, ze lepiej zostawić sytuację bez żadnej ingerencji. O tym jak
postępować w takich sytuacjach można napisać książkę, my poprzestaniemy na konstatacji, że
adekwatne postrzeganie stanu emocji innych ludzi jest umiejętnością bardzo przydatną.
Dzieci nie mają takiej wprawy jak dorośli w maskowaniu uczuć, co bardzo ułatwia z
nimi komunikację – o ile chcemy i potrafimy to robić. Często dorośli, kierując się swoją
wygodą lub wyobrażeniami „jak powinno się zachowywać i co powinno się czuć w danych
sytuacjach, robią coś dokładnie przeciwnego - próbują wymusić na dzieciach różne deklaracje
dotyczące samopoczucia nie biorąc pod uwagę ich aktualnych emocji.

Dynamika uczuć
Emocje, te zdrowe, zazwyczaj szybko mijają. Kiedy zostaną zauważone, spełnią swoja
rolę, mogą zniknąć. I zrobić miejsce dla kolejnych. Patrząc na życie z tej perspektywy,
widzimy zmienny, płynny proces umożliwiający nam odpowiednie reakcje na wszelkiego
rodzaju wyzwania. Jak to działa najlepiej można się przekonać obserwując małe dzieci, gdy w
ciągu kilkunastu minut może kolejno pojawić atak ekspresyjnej złości, totalna rozpacz ze
strumieniami łez, a zaraz potem radosna, beztroska zabawa z kumplami (lub kumpelkami);
tymi samymi, z którymi parę chwil wcześniej zupełnie nie dawało się dogadać. Ciekawe co
takiego się dzieje, że tę cudowną zdolność zazwyczaj tracimy?

Jeżeli natomiast jesteśmy ślepi na choćby jedno z uczuć, cały proces zostaje
zakłócony. Coś niezidentyfikowanego w nas pozostaje i niekorzystnie wpływa na wszystko
to, co przychodzi do nas później.
Nie możesz w pełni czuć radości, gdy zamykasz się na przeżywanie smutku, który
pomaga pożegnać się z tym, co nieodwołalnie tracimy. Łzy nas oczyszczają. To co
niewypłakane, będzie nam ciążyło i nas zatruwało.
Jeżeli wydaje Ci się, że w miłości nie ma miejsca na złość, w bliskim związku zacznie
wkrótce brakować energii. Miłość stanie się papierowa.
Jeżeli nosisz w sobie przekonanie, że zazdrość jest paskudnym uczuciem i za wszelką
cenę starasz się wyplenić wszelkie jej przejawy u swego dziecka, sytuacje wywołujące to
uczucie dziwnym trafem będą się powtarzały coraz częściej. Albo dziecko przestanie ci
opowiadać o tym, co dla niego jest ważne.

Komunikacja dotycząca emocji
Komunikujemy się nieustannie; w pracy, w domu, na ulicy, na co dzień i od święta
nadajemy i odbieramy codziennie dziesiątki, setki różnych komunikatów. Zamierzonych i
mimowolnych. Wszystko co wyraża mimika naszej twarzy, ekspresja ciała, gestykulacja
kończyn, to też są informacje. Najczęściej te niewerbalne są w małym stopniu świadome i
niemal wszystkie odnoszą się do sfery uczuć. Im większą mamy świadomość tego co czujemy
i im naturalniej włączamy to do intencjonalnych komunikatów, tym nasze relacje z innymi
ludźmi są pełniejsze i bardziej satysfakcjonujące.
Pytanie jakie pragnę tu postawić brzmi następująco: Czy warto również do
komunikacji z powierzonymi naszej opiece dziećmi wprowadzać informacje dotyczące
naszych osobistych uczuć? Każdy i każda z nas musi sobie odpowiedzieć na własny
rachunek. Osobiście jestem zwolennikiem takiego podejścia i spróbuję zaraz przytoczyć
argumenty za nim przemawiające. Ale to w jakim stopniu chcemy być żywą osobą dla
naszych podopiecznych, a nie tylko rolą jaką wobec nich pełnimy, zależy od osobistych
preferencji i charakteru osoby pracującej z dziećmi. A także kontekstu – z różnymi dziećmi i
różnymi grupami, w różnych miejscach i okolicznościach sytuacja może bardzo się różnić.
Pierwszy argument już się właściwie pojawił w poprzednim akapicie: okazywanie
uczuć ociepla nas w oczach innych, stajemy się im bliżsi, bardziej ludzcy, dzięki czemu
mamy głębszy na nich wpływ. Uczucia łączą wszystkich ludzi niezależnie od wieku, rasy,
kultury - możemy mieć różne zainteresowania, preferencje, wierzenia, przekonania i poglądy,
ale wszyscy odczuwamy te same elementarne emocje. W szczególny sposób dotyczy to
relacji między małymi i dużymi – dzieli nas pozycja w hierarchii społecznej, bagaż
doświadczeń, wiedza, sprawność intelektualna, ale na płaszczyźnie uczuć jesteśmy równi –
smutno nam gdy coś lub kogoś stracimy, zazdrościmy innym tego czego nam brak, cieszymy
się z prezentów. Ba, bywa że w tej materii my możemy się czegoś od dzieci nauczyć – lub
sobie dzięki nim coś przypomnieć.
Kolejny plus. Osobisty przykład zdecydowanie ułatwia wszelkie próby wprowadzania
edukacji dotyczącej emocji. Gdy odwołujemy się do własnych doświadczeń, także do tych
naszych wspólnych z grupą, wtedy to, co pragniemy przekazać brzmi znacznie bardziej
wiarygodnie i naturalnie niż wtedy, gdy takiej bazy nie mamy.
I trzecia rzecz. Gdy nie ukrywamy uczuć, nie chowamy się za maską, sami czujemy
się swobodniej i prawdziwiej. Autentyczność nie jest wartością samą dla siebie, ona po prostu
poprawia nasze samopoczucie. A gdy sami czujemy się lepiej, lepiej też możemy wykonywać
swoją pracę. To nie zawsze musi się sprawdzać w pracy w korporacji lub przy taśmie
produkcyjnej, ale akurat w pracy z małymi dziećmi - jak najbardziej. Oczywiście nie chodzi o
to by wszystko wszystkim zaraz okazywać, ale o to, by nie zakładać czegoś odwrotnego - że
w żadnym wypadku nie możemy, na przykład przed dziećmi, okazywać żadnych uczuć.
Tu ważne zastrzeżenie. Jak w wielu innych sprawach, tak i w tej kwestii ważne jest nie
tylko „czy?” ale również „jak?”. Uczuć można używać także w sposób destrukcyjny. Na
przykład złość stosować do zastraszania lub wymuszania, a smutku do szantażu
emocjonalnego. Właściwie każde uczucie daje się wykorzystywać jako narzędzie manipulacji.
Może to odbywać się nie w pełni świadomie, dlatego warto przyglądać się swym intencjom –
i reakcjom dzieci.
Szczególnej uwagi wymagają wszelkie sytuacje w których mamy do czynienia z dużą
różnica rang – pozycji w hierarchii. Coś co dla nas jest mało istotne, dla kogoś od nas
zależnego, może mieć nieporównanie większą wagę – i siłę rażenia. Z racji władzy jaka
mamy nad dziećmi i nawet tak trywialnej kwestii jak różnice w gabarytach. Jeśli na
pięcioletnie dziecko złości się jego rówieśnik lub rówieśniczka, to jest to uczucie, można
powiedzieć, na jego miarę. Jeżeli złości się osoba dorosła, to w odbiorze małego człowieka
może mieć to wymiar przerażającego kataklizmu, burzy z piorunami.
Dobrze. Powiedzmy, że przyjęliśmy już do wiadomości jak istotne są dla nas emocje,
obserwujemy je, uczymy się rozpoznawać, nazywać i wprowadzać do komunikacji z innymi
osobami. Ale co mamy robić z potężną energią, która często się z nimi wiąże? Kiedy mówimy
o tym co czujemy, najczęściej przynosi to ulgę, zdejmuje z nas napięcie. A co jeśli nadal
czujemy, że nas „nosi”, że ciało potrzebuje jakieś aktywności, czegoś w nas wciąż jest za
dużo? Zwłaszcza dla wielu dzieci to poważny problem, ale wszystkie impulsywne osoby
miewają kłopot ze społecznie akceptowanym rozładowywaniem energii. Tą kwestią
zajmiemy się, między innymi, w kolejnym artykule.

Dział: Artykuły
środa, 21 sierpień 2013 12:47

O uczuciach nie bez emocji

Dlaczego uczucia są ważne? Po co w ogóle się nimi zajmować w świecie, w którym
ceni się racjonalność, a nazwanie kogoś osobą emocjonalną stanowi poważny zarzut, jest
równoznaczne z dyskredytowaniem jego (lub jej) kompetencji intelektualnych?
Niniejszy tekst jest próbą odpowiedzi na powyższe pytania; kilka kolejnych artykułów
z tej serii pozwoli zagłębić się w temat i przyniesie szereg użytecznych informacji i
wskazówek jak obchodzić się z uczuciami – swoimi i cudzymi. Polecam zapoznanie się z
całym cyklem – pomyślany jest on jako pewna całość, w której poszczególne teksty się
uzupełniają.
Wzrasta powoli świadomość, że wielowiekowa tradycja przeciwstawiania rozumu i
uczuć stanowi ślepą uliczkę. Coraz częściej słyszymy o inteligencji emocjonalnej, o tym jak
jest ona ważna zarówno w życiu jednostki jak i całych społeczności. Kąciki porad
psychologicznych można znaleźć już nawet w supermarketowych gazetkach. Jednak praktyka
bardzo często rozmija się z tą zmianą tendencji w traktowaniu uczuć. Cała nasza kultura
przesiąknięta jest uprzedzeniami wobec sfery emocji. Większość uczuć nazywana jest
„trudnymi”, w powszechnej świadomości niemal każde z nich wywołuje negatywne
skojarzenia. Złość, smutek, zazdrość, strach, wstyd – od maleńkości uczy się nas, że są one
czymś złym, podejrzanym; czymś czego należy unikać. Nawet radość – uczucie wydawałoby
się nie budzące żadnych kontrowersji, wręcz pożądane, wywołuje wiele skojarzeń
negatywnych. „Śmieje się jak głupi do sera”, „Jeszcze będziesz się śmiał baranim głosem” –
każde z nas zna jakieś powiedzenia związane z przekonaniami deprecjonującymi również i to
uczucie.
Nic dziwnego, że dla większości osób wyuczonym, automatycznym sposobem
radzenia sobie z uczuciami jest ich ignorowanie lub próba okiełznania „na siłę”. Skutki z
reguły są opłakane. To, co pomijamy, prędzej czy później wraca do nas w zwielokrotnionej,
chorej postaci:
Jeśli próbuję całkowicie amputować w sobie złość, w pewnym momencie może
nastąpić niekontrolowana erupcja wściekłości, z wszelkimi możliwymi dramatycznymi
konsekwencjami takiego wydarzenia. (Możliwości niepożądanego objawiania się
nieuświadomionej złości jest dużo więcej – polecam artykuł dotyczący złości właśnie.)
Jeśli unikam przez długi czas odczuwania smutku, prawdopodobnie dopadnie mnie w
końcu depresja. A z pewnością pojawiać się zacznie poczucie pustki, braku energii,
doświadczenie typu „nic mnie nie cieszy”.
Jeśli twierdzę, że niczego się nie boję, nigdy nie pozwalam sobie na odczuwanie
strachu, prawdopodobnie będę reagował nadmierną, czasem niczym nie uzasadnioną, agresją
na najdrobniejsze zagrożenie. Być może w przyszłości dotkną mnie stany lękowe.
W wypadku każdego z pozostałych uczuć mechanizm jest podobny – to, co
odrzucamy narasta, kryje się w głębi podświadomości, a ponieważ nie mamy nad tym


Na użytek tej serii artykułów terminów „uczucia” i „emocje” będę używał wymiennie – zgodnie z potocznym ich
rozumieniem. W języku psychologicznym zwykle emocjami nazywa się to co pierwotne i uniwersalne, występujące
we wszystkich kulturach. Natomiast uczucia to zjawisko bardziej złożone; kształtują się one na bazie emocji, ale są
modyfikowane oraz interpretowane poprzez kulturę.

kontroli, wpływa na nasze życie z ukrycia i sprawia nam przeróżne, raczej nieprzyjemne
niespodzianki.
Inną możliwą konsekwencją odcinania uczuć mogą być dolegliwości somatyczne –
wówczas ciało daje nam sygnał, że czegoś ważnego nie zauważamy, tracimy z pola widzenia
samych (lub same) siebie. Popularne powiedzenie stwierdza, że nic w przyrodzie nie ginie - tu
mamy podobną sytuację: ignorowane emocje nie przestają istnieć, jedynie zmieniają formę,
potajemnie narastają lub w jakiś sposób uwierają. Tak czy owak blokują swobodny przepływ
wszystkich innych naszych odczuć.
Nie jest moją intencją straszenie, roztaczanie katastroficznych wizji. Opisując
rozmaite konsekwencje ignorowania uczuć, chcę jedynie zwrócić uwagę jak ważny jest to
obszar i jednocześnie jak bardzo zaniedbany. Dla części odbiorczyń i odbiorców tekst ten
może wydać się zbiorem oczywistości; moje doświadczenie wskazuje jednak, że większości
ludzi dopiero takie podstawowe, jasno sformułowane spostrzeżenia pomagają dostrzec wagę
problemu. W całym systemie wychowawczo – edukacyjnym praktycznie nie ma żadnego
segmentu dotyczącego emocji, żadnej sugestii by w jakikolwiek sposób zajmować się tym
tematem. A przecież jest to elementarna wiedza dotycząca naszej ludzkiej natury. Wiedza
która powinna być dostępna na każdym kroku, na każdym etapie edukacji. Jej brak sprawia,
że zazwyczaj zaczynamy zajmować się obszarem uczuć dopiero wtedy, gdy sytuacja jest
dramatyczna – kiedy zdarza się coś strasznego, kompletnie nie rozumiemy najbliższych osób,
siebie samych, coś się nam w życiu rozpada, przestajemy nad nim panować.
Wróćmy na chwilę do wspomnianej już opozycji sfery emocjonalnej oraz
intelektualnej, tak mocno ugruntowanej w naszej kulturze (a co za tym idzie – w naszych
umysłach). Jakiekolwiek hierarchizowanie obu obszarów musi prowadzić do zaburzenia
wewnętrznej równowagi człowieka. W równej mierze potrzebujemy jednego i drugiego. Gdy
część logiczna i emocjonalna ze sobą współpracują, nasza osobowość może się rozwijać
harmonijnie. Jeśli są ze sobą w sporze, ten konflikt przenosi się do naszego codziennego
życia.

W gruncie rzeczy nie sposób być osobą racjonalną ignorując uczucia.
Gdy to robimy, tracimy z pola widzenia ważną część naszej osobowości; w tej sytuacji
nie jesteśmy w stanie rozumieć siebie samych i wszystkiego, co się nam przydarza. Nie
możemy żyć w zgodzie z sobą, jeśli nie mamy kontaktu ze swoimi uczuciami. Najsłuszniejsze
poglądy, najwspanialsze systemy wartości, krystalicznie precyzyjne rozumowanie stają się
mało użyteczne, gdy nie zauważamy tego, co czujemy.
Bliski kontakt ze swymi emocjami umożliwia i ułatwia stawanie się podmiotem,
twórcą (twórczynią) swego życia. Kto akceptuje wszystkie swoje uczucia, akceptuje też siebie
samą (samego); ufa sobie i potrafi nad sobą panować. To brak akceptacji uczuć sprawia, że
nie potrafimy ich okiełznać. Osoba w zdrowy sposób emocjonalna nie da się łatwo
wykorzystać ani zmanipulować; potrafi rozpoznać co jest dla niej szkodliwe.
Jeśli dysponujemy szerokim repertuarem możliwości wyrażania tego, co czujemy,
nasze relacje z ludźmi stają się pełne i satysfakcjonujące. Możemy komunikować się z
innymi w sposób bezpośredni i uczciwy – włączając do dialogu informacje dotyczące emocji.
Jeśli pozostajemy wyłącznie na płaszczyźnie myśli i rozumu, relacje skazane są na
niepowodzenie, po prostu nie mogą być w pełni satysfakcjonujące. Nie jesteśmy przecież
robotami tylko czującymi istotami.

Z drugiej strony uczucia kierują nas do wewnątrz, bliska z nimi łączność wspomaga
rozwój intuicji, wrażliwości, empatii również w stosunku do własnej osoby. Bez tego nie jest
możliwe autentyczne zrozumienie dla innych. Empatia zaczyna się w naszym wnętrzu - w
naszych uczuciach.

Nie można być szczęśliwym będąc odciętym od uczuć. Szczęście czujemy, nie
wymyślamy.
Wszystko co napisałem do tej pory, jest przekazem uniwersalnym, głosem
zachęcającym do bliższego i głębszego przyjrzenia się własnemu stosunkowi do sfery emocji.
O funkcjach, działaniu, przejawach, sposobach ekspresji uczuć i o tym jak możemy włączać
tę wiedzę i świadomość uczuć do pracy z dziećmi, opowiadają kolejne artykuły tego cyklu -
mam nadzieję, że pozwolą one odpowiedzieć na potencjalne pytania, które mogły nasunąć się
w trakcie lektury.

Dział: Artykuły
środa, 21 sierpień 2013 12:46

Ja i uczucia

Cywilizowanie dzikości
Dla osób pracujących z ludźmi elementarna wiedza o emocjach powinna być
absolutnie podstawowym narzędziem, bazą na której można opierać rozmaite koncepcje
wychowawcze i edukacyjne. W szczególny sposób postulat ten dotyczy pracujących z
dziećmi, a im młodsze to dzieci, tym - moim zdaniem – ta potrzeba jest bardziej paląca.
W świadomości społecznej mocno zakorzenione jest przekonanie, że dzieci są czymś
w rodzaju małych dzikusów, w związku z czym jednym z głównych zadań procesu
wychowania jest ich „cywilizowanie”. Nawet jeśli nie formułujemy już tego takimi dokładnie
słowami, oddają one dość precyzyjnie istotę naszego stosunku do dzieci. Jak mawia jedna z
moich znajomych, wychowanie i edukacja w polskich warunkach to „obróbka skrawaniem”.
Oznacza to, że dzieci traktujemy przedmiotowo, jako materiał, tworzywo do różnego rodzaju
zabiegów, a nie autonomiczne osoby z różnorodnymi cechami i potrzebami.
To materiał na osobny, duży artykuł, teraz warto jedynie stwierdzić, że niezależnie od
oceny takiej praktyki z punktu widzenia praw dziecka (czyli człowieka), jest ona na dalszą
metę zawsze nieskuteczna. To bardzo proste: jeśli traktujemy małego człowieka jako
podmiot, osobę mającą własne zdanie i potrzeby, prawie na pewno wychowamy osobę
wewnątrzsterowną, widzącą siebie i świat własnymi, nie cudzymi oczami, niepodatną na
manipulacje, nie mającą też ciągot autorytarnych. Jeżeli natomiast ignorujemy jego zdanie i
uczucia, możemy się spodziewać, że w przyszłości będzie on lub ona identycznie traktowała
innych ludzi, także nas samych.
W kontekście interesującego nas tematu ważne jest, iż w dużej mierze owa obróbka
dotyczy właśnie uczuć, ich ekspresji i nad nimi panowania. Rzecz jasna takie postawienie
sprawy nie jest pozbawione sensu, faktycznie jednym z naszych zadań jest przystosowanie
naszych podopiecznych do dorosłego życia, czyli wprowadzenia w cywilizację taką jaka ona
jest. Wszystko jest dobrze do momentu, gdy pokazujemy konstruktywne wzorce komunikacji
i ekspresji emocji informując jednocześnie jaka jest rola uczuć i jak możemy z nich korzystać.
Jednak niestety często relacja pomiędzy dzieckiem i dorosłym polaryzuje się w sposób
zdecydowanie niepożądany. Przeciętne, zdrowe dziecko podlega wszelkim instynktownym
impulsom, wyraża je z dużą ekspresją, nie ma zahamowań w tym względzie, eksperymentuje
z formami wyrażania tego co czuje. Z kolei dorosły w takim modelu zachowuje się jak cyborg
– zgodnie z ideałem kulturowym jaki obowiązywał do niedawna (i wciąż pokutuje) według
którego panowanie nad uczuciami oznacza całkowite ich wyeliminowanie.
W tym miejscu zakładam, że zgadzamy się co do szkodliwości takiego podejścia. I że
chcemy szukać takiego modelu relacji z dziećmi, w którym uczymy społecznie
akceptowanych wzorców komunikacji i współpracy nie przyczyniając się jednocześnie do
stłumienia lub odcięcia odczuwania emocji.
W pierwszych zdaniach tego artykułu wspomniałem o istnieniu różnych koncepcji
wychowawczych i edukacyjnych. Wszelkie teorie mają za zadanie uporządkowanie chaosu
różnorodnych doświadczeń, nadanie jakiejś struktury rzeczywistości wewnętrznej i
zewnętrznej człowieka, stworzenie procedur postepowania. To oczywiście ma sens i jest nam
potrzebne, ale powinniśmy także mieć pewną otwartość na zdarzenie nieoczekiwane,
doświadczenia nie mieszczące się w danej teorii. Potrzebujemy tego jako ludzie i jako osoby
pracujące z dziećmi. Kontakt z uczuciami otwiera nas na życie w całej jego różnorodności i
bogactwie. Wybija nas z rutyny. Bywa poważnym wyzwaniem, ale także szansą na rozwój.

Teoria potrzebuje praktyki
W tym miejscu pojawia się pewien problem. Polega on na tym, że w wypadku uczuć
sama wiedza teoretyczna nie wystarcza. Żeby uczyć innych jak panować nad uczuciami i w
zdrowy sposób je wyrażać, muszę mieć żywy kontakt z własnymi emocjami. Nie da się tego
nauczyć na pamięć, wykuć na blachę odpowiednie definicje, stosować gotowe schematy
postępowania.
Oto sytuacja ze współprowadzonych przeze mnie zajęć, zresztą na temat uczuć
właśnie: Mamy do czynienia z grupą kilkunastu bardzo energetycznych siedmioletnich
chłopców. W pewnym momencie obecna na zajęciach opiekunka grupy jest wzburzona
zachowaniem dzieci – jej zachowanie, gestykulacja i sposób mówienia wyraźnie wskazują,
jak bardzo jest zagniewana. Ponieważ chwile wcześniej rozmawialiśmy o złości, mówię do
niej głośno:
- Czy pani czuje teraz złość?
Kobieta na moment zastyga, a potem podniesionym głosem zaczyna wołać:
- W ogóle się nie złoszczę! Ale jak się zaraz naprawdę rozgniewam, to pożałujecie.
Jak nadal będziecie się tak zachowywać, to szybko się o tym przekonacie! (komunikat
skierowany jest do dzieci, nie jest bezpośrednią odpowiedzią na moje pytanie).
Wyraźnie widać, że złość w niej aż kipi. Dostrzega to prawdopodobnie większość dzieci.
Jednak najbardziej zainteresowana osoba jest tak zafiksowana na zaprzeczaniu temu, co czuje,
że – na ten moment – zupełnie traci kontakt z rzeczywistością.
Moją intencją było wychwycenie tego, co rzeczywiście się w danej chwili dzieje,
porozmawianie, doprowadzenie do jakiegoś rozwiązania, wspólne wyciągnięcie wniosków.
Ale gdy osoba mająca w grupie kluczową pozycję nie była w stanie zachować przytomności
umysłu, uruchomiły się w niej ślepe mechanizmy obronne, przestało być to możliwe –
przynajmniej w tym momencie. Na szczęście zawsze można do każdej sprawy wrócić,
wyjaśnić i wyciągnąć wnioski.
W pracy z grupami starszych dzieci lub młodzieży trudno zachować jakikolwiek
autorytet tak bardzo rozmijając się z rzeczywistością, ale i całkiem małe dzieci dostrzegają
znacznie więcej niż się wydaje się większości dorosłych.
Nie chodzi mi absolutnie, by kogokolwiek krytykować lub obśmiewać. Opisana
scenka ilustruje jedynie powyżej przekazaną tezę o konieczności bieżącej świadomości tego
co się czuje. Prawda jest taka, że każdy i każda z nas, nawet ze świadomością i
doświadczeniem w wychwytywania uczuć, czasami się gubi, coś pomija, nie reaguje w porę.
To żaden powód do wstydu – o ile potrafimy się na takich potknięciach uczyć.

Prywatny katalog uczuć
Co zatem mamy zrobić by lepiej radzić sobie z emocjami własnymi i tymi
pojawiającymi się u dzieci? Kilkakrotnie podkreślałem kulturowy kontekst naszych
uwarunkowań w tym względzie. To on określa ogólny klimat, kształtuje nasz stosunek do
uczuć w ogóle. Jednak to, co konkretnie dzieje się w naszym życiu, zarówno prywatnym jak
zawodowym, zależy przede wszystkim od naszych indywidualnych doświadczeń. To, jakie
emocje sprawiają nam problem, a jakie zauważamy i okazujemy bez problemu, zależy od
naszej życiowej historii, temperamentu, w jakiejś mierze od stereotypów związanych z
płciami, środowiska w jakim się znajdujemy.
Proponuję stworzenie prywatnego katalogu podstawowych uczuć – po to by określić
na własny użytek stan na chwilę obecną; jeśli wiem na czym stoję, mogę podjąć decyzję co
chcę zmienić – w jakim celu, w jaki sposób, w jakiej kolejności,.
Wypisz uczucia: strach, złość, radość, złość, smutek, zazdrość, duma. Przy każdym
postaraj się możliwie precyzyjnie i uczciwie opisać swój do niego stosunek. Podam za chwilę
szereg pytań, które mogą taki opis ułatwić, można nawet stworzyć sobie tabelkę. Ale równie
dobrze będzie, jeśli zrobisz to inaczej, po swojemu. A oto pytania pomocnicze:
Jaka jest moja pierwsza reakcja kiedy przywołuję dane uczucie – opór, akceptacja czy
też neutralna?
Czy często je odczuwam? Czy mam wówczas na bieżąco świadomość tego co czuję?
Czy może przychodzi ona dopiero po jakimś czasie?
Jak często mam z nim do czynienie? Czy stanowi dla mnie jakiś problem?
Czy mam poczucie, że wiem jak się z nim obchodzić – sama z sobą i jak je wyrażać w
relacjach z innymi?
Czy pamiętam jakieś szczególne doświadczenie związane z danym uczuciem? Kiedy
jego wyrażenie lub nie wyrażenie miało poważne konsekwencje?
Jak odbieram to uczucie wyrażane przez innych? Czy czuję jakiś opór, niechęć,
zażenowanie, czy wywołuje we mnie myśli krytyczne?
Jakie formy publicznej ekspresji tego uczucia uważam za pozytywne, dopuszczalne, a
jakie nie?
Nie jest możliwe by któreś z elementarnych uczuć nigdy się w życiu nie pojawiło; jeśli
z analizy wychodzi nam taki wniosek, warto dokładniej przyjrzeć się temu uczuciu i sobie.

Wątpliwości
Wiele osób ma opór przed wchodzeniem w obszar edukacji emocjonalnej. Wynika to z
powszechnego przekonania, iż jest to domena specjalistów, zajmowanie się nią wymaga
specjalnych predyspozycji i/lub specjalistycznej wiedzy. A psychologia i psychologowie –
mimo szybko zachodzących w tym zakresie zmian - wciąż wśród dużej grupy osób wzbudzają
pewien opór, budzą skojarzenia z jednej strony z jakąś wiedzą tajemną, z drugiej –
zajmowaniem się wyłącznie patologiami i bardzo trudnymi problemami. To co ja proponuję
nazwałbym autopsychologią. Nie chodzi w tym słowie o psychologię samochodową , ale o
zupełnie elementarne zainteresowanie własną osobą, mechanizmami jakie rządzą naszym
życiem, zasadniczymi pytaniami: „dlaczego jestem jaka jestem?”, „dlaczego przydarza mi się
w życiu to, a nie owo?”, „dlaczego inni odbierają moje zachowanie inaczej niż ja sama?” itp.
itd. Na tym poziomie nie musimy uciekać się do opinii ekspertów – mając zaufanie do tego co
czujemy, jesteśmy najlepszymi specjalistami i ekspertkami od siebie samych. Nie namawiam
bynajmniej do ignorowania kompetencji specjalistów, ale dysponując odpowiednią
motywacją, uważnością i wrażliwością, z pomocą świadomego oddychania, możemy rozwijać
w sobie intuicję i zdobywać wciąż nową wiedzę. Ja sam jestem z wykształcenia artystą
plastykiem, ale po latach różnych doświadczeń w pracy z dziećmi i młodzieżą mogłem
stworzyć serię bajek o uczuciach, które od dziesięciu już lat z powodzeniem funkcjonują na
rynku.

Realistyczna samoocena
Wszyscy miewamy trudności, jakieś ślepe plamki w postrzeganiu siebie i innych;
ważne by je potrafić rozpoznawać, mieć do siebie otwarty stosunek. Miałem okazję
obserwować jak błędy popełniają ludzie z super profesjonalnym przygotowaniem, jak własne
uwarunkowania i przekonania wpływają na ich pracę. Ja sam oczywiście także nieraz
grzęzłem na mieliznach. W gruncie rzeczy są to trudność będące w rzeczywistości szansą na
rozwój, na samodoskonalenie.
Dlatego usilnie wszystkich namawiam by, przy okazji tworzenie Prywatnego Katalogu
Uczuć, sobie samej czy samemu otwarcie powiedzieć z czym mamy trudność, co nas
przeraża, co wydaje się nie do przeskoczenia. Nie porywać się z motyką na słońce, nie
udawać przed sobą i innymi. W pracy i w relacjach stosować metody, do których mamy
przekonanie. Jeśli na przykład wyjątkowo trudno mi znieść każdy płacz dziecka albo kurczę
się wewnętrznie w każdej sytuacji głośnej kłótni, trudno oczekiwać, że będę w stanie
sensownie komuś pomóc; moja reakcja najwyraźniej jest nadmiernie uwarunkowana. To
sygnał, że mamy coś do zrobienia we własnym zakresie.
Takie jasne uzmysłowienie sobie własnych ograniczeń może być świetną odskocznią
do spokojnych działań mających na celu ich przezwyciężenie. Często sama ich świadomość,
uczciwe postawienie sprawy jest już w pewnym stopniu uzdrawiające. Z kolei zaprzeczanie
ograniczeniom i ich wypieranie, tylko je podtrzymuje i daje im pożywkę.

Ekspresja niewerbalna
Na koniec zajmijmy się zapowiedzianymi w poprzednim artykule różnymi sposobami
rozładowywania energii emocji. Naprawdę poważny problem może mieć miejsce wtedy, gdy
człowiek przez bardzo długi czas nie dopuszczał do siebie jakiegoś uczucia. Takie
nagromadzenie sprawia, że, na przykład, łzy wydają się nie mieć końca albo wściekłość jest
tak potężna i ślepa, że może być niebezpieczna dla otoczenia. Jednak podobne sytuacje
prawie nie dotyczą małych dzieci. Specjalistyczna asysta może być wskazana w pracy
terapeutycznej z osobami dorosłymi. W warunkach przedszkolnych uwalnianie energii raczej
dotyczy bieżących spraw, ewentualnie może mieć charakter zabaw profilaktycznych,
uczących jak postępować z gwałtownymi uczuciami.
Co zatem proponuję? Można żartobliwie powiedzieć, że sztukę. Wszystkie rodzaje
ekspresji artystycznej (nie rozumianej w sensie profesjonalnym) mają zbawienny wpływ na
stan naszych emocji. Nieco bardziej szczegółowe propozycję przedstawię w tekstach
dotyczących konkretnych uczuć, tu wyszczególnimy tylko grupy różnych aktywności.

Ruch. Dla większości dzieci w wieku przedszkolnym jest to naturalny i najbardziej skuteczny
sposób rozładowania. Wszelkie zabawy pantomimiczne, tupanie, wymachiwanie rękami,
właściwie można robić wszystko czego domaga się ciało – z wyjątkiem tego co może komuś
zagrażać. Naszym niezawodnym patentem jest „ścieżka uczuć”, na której poruszamy się tak
jak nasze uczucia; pytanie brzmi: jak chodzi złość, smutek, strach, wstyd i pozostałe uczucia.
Zamień się w konkretne uczucie i pokaż jak się ono porusza. Mogą to być także tańce
poszczególnych emocji. Albo „Ministerstwo Dziwnych Kroków”.

Obraz. Wszelka ekspresja plastyczna też świetnie się sprawdza w większości wypadków.
Nie zawsze to możliwe, ale zalecam używanie dużych formatów i takich technik, które dają
dużą swobodę ekspresji – pasteli, farb, węgla. Można też rysować patykiem w pisaku lub
ziemi, kredą na betonie, szukać innych niekonwencjonalnych sposobów.

Dźwięk. Oczywiście może to być muzyka, czyli śpiewanie bardzo smutnych, wściekłych,
mocno przestraszonych czy cichutkich, zawstydzonych piosenek bez słów. Ale
nieartykułowane powrzeszczenie też jest bardzo skuteczne. Lepiej pobawić się takim
wrzaskiem w sposób kontrolowany niż mieć do czynienia z hałasem, który wciąż się spod
kontroli wymyka. Kilkuletnie dzieci, przynajmniej spora ich część, dość chętnie reagują na
tego rodzaju propozycje. W szkole zazwyczaj opór wewnętrzny i presja zewnętrzna nie
pozwalają już na używanie tego rodzaju metod.

Opowiadanie. W wypadku dzieci w wieku szkolnym, można proponować by same
zapisywały wymyślone przez siebie historyjki o uczuciach albo takie w których uczucia
odgrywają ważna rolę. Jeśli chodzi o przedszkolaków – jeśli mamy indywidualny kontakt z
dzieckiem, możemy zapisywać to, co ono wymyśla, dzięki czemu opowieść nabiera większej
wagi a ponadto zyskujemy pretekst i materiał do ewentualnej rozmowy.

Uwaga! Ważne zastrzeżenie. We wszelkich powyżej przedstawionych działaniach
„odpuszczamy” sobie wszelkie kryteria i oceny. Nie jest ważne czy obrazek jest piękny czy
niechlujny, czy piosenka brzmi nieczysto, czy w opowiadaniu są jakieś błędy. Ważne jest by
wyrażanie tego co się czuje było możliwie swobodne. Jedyne ograniczenie to bezpieczeństwo
– własne i innych osób.
Wszystkie opisane powyżej sposoby dla większości nie są pewnie odkryciem
Ameryki. Istotne jest by odwoływać się do nich w kontekście uczuć, tak by utrwalało się w
dzieciach ( i nas samych) przekonanie, że są fajne i akceptowane sposoby wyrażania tego co
się czuje. Możemy stworzyć i zaproponować grupie pewne rytuały służące rozładowywaniu
napięcia, znaleźć dla nich miejsce. Dobrze się tez sprawdza stworzenie katalogu
dopuszczalnych form ekspresji uczuć, do którego można się w razie potrzeby odwoływać.
A teraz czas przy bliżej przyjrzeć się konkretnym wybranym emocjom.

Dział: Artykuły
środa, 21 sierpień 2013 12:46

Inne uczucia

W poprzednich dwu tekstach zajęliśmy się złością i smutkiem. W niniejszym artykule
dokonamy skrótowego przeglądu innych ważnych uczuć akcentując jedynie najistotniejsze
moim zdaniem ich aspekty. Generalnie postępowanie z pozostałymi emocjami w ogólnym
zarysie powinno być podobne jak z tymi omówionymi bardziej szczegółowo. Zawsze ważne
jest uważne obserwowanie tego co dzieje się w naszym wnętrzu, akceptowanie uczuć a nie
ich odrzucanie - zarówno we własnym wewnętrznym doświadczeniu jak i wtedy gdy
towarzyszymy w przeżywaniu innym. Ważne jest świadome oddychanie, dzięki któremu
mamy lepszy kontakt z tym co czujemy. Ważna jest komunikacja, dzielenie się z innymi tym,
co czujemy. Bardzo istotna jest umiejętność konstruktywnego odreagowywania napięcia,
uwalnianie z siebie nadmiaru energii po przeżyciu silnych emocji. Dlatego warto szukać
bezpiecznych, indywidualnie dopasowanych do przeżywającego podmiotu sposobów takiego
rozładowania.
Warto zainteresować się sferą emocji wcześniej niż wtedy gdy mamy z czymś
problem – tak jak w innych dziedzinach, profilaktyka zawsze jest bardziej bezpieczna i mniej
kosztowna niż przeciwdziałanie niepożądanym skutkom ignorancji.

Funkcje społeczne
Wstyd i zazdrość są uczuciami w szczególny sposób regulującymi nasze
funkcjonowanie społeczne. Jeśli potrafimy z nich mądrze korzystać, łatwiej zachować
równowagę pomiędzy naszymi indywidualnymi potrzebami i pragnieniami a różnego rodzaju
naciskiem grup, do których należymy oraz normami społecznymi – pragnienie
indywidualności oraz przynależności często wchodzą ze sobą w konflikt. Kierowanie się
wyłącznie własnymi potrzebami i impulsami, bez świadomości oczekiwań społecznych, może
nas wpędzić w spore tarapaty. Zaś kompletne ignorowanie potrzeb innych ludzi oddziela nas
od nich, popycha w stronę nadmiernego egocentryzmu i w konsekwencji zwraca się po jakimś
czasie przeciwko nam samym. Z kolei całkowite podporządkowanie się życzeniom i presji
otoczenia unieszczęśliwia nas i odbiera energię oraz poczucie sensu. Jednak kiedy mamy
żywy kontakt z przywołanymi tu uczuciami, mamy szansę dokonywać racjonalnych
życiowych wyborów w tym względzie.

Zazdrość
Zazdrość jest uczuciem złożonym – jego składowymi są emocje elementarne: złość i
smutek. Możemy odczuwać jedno, drugie lub oba uczucia splecione ze sobą w różnych
proporcjach; to bardzo indywidualne, związane z temperamentem, ale także z rodzajem
zazdrości i jej natężeniem. Inaczej będziemy się czuli gdy to, czego pragniemy jest absolutnie
niedostępne, a inaczej kiedy mamy poczucie, że przy pewnym wysiłku z naszej strony
jesteśmy w stanie osiągnąć to, czego zazdrościmy innym.
Zazdrość pojawia się w sytuacjach gdy odczuwamy jakiś brak lub niższość. To może
dotyczyć rzeczy materialnych, ale też przymiotów, zdolności, statusu, sukcesów; właściwie
znając trochę naturę ludzką, można stwierdzić, że potrafimy zazdrościć wszystkiego.
Zazdrość ma bardzo kiepską opinię, bardzo wiele osób dziwi się, że może ona mieć
jakikolwiek pozytywny aspekt. A tymczasem jest to uczucie bardzo pożyteczne: mówi o
naszych potrzebach, marzeniach, aspiracjach. Żyjemy w rzeczywistości społecznej, poprzez
obserwacje i naśladowanie innych osób możemy kształtować i poprawiać swoje w niej
funkcjonowanie. W dużym uproszczeniu działa to następująco: powiedzmy, że zazdroszczę
komuś sukcesów zawodowych. Jeśli sytuacja ta budzi we mnie agresję, którą kieruję
bezpośrednio lub pośrednio w stronę osób, którym zazdroszczę, staram się im zaszkodzić czy
choćby tylko źle życzę, to zazdrość zamienia się w zawiść – i staczam się w destrukcję, Z
dojrzałą reakcją mamy natomiast do czynienia wtedy, gdy emocje skłaniają mnie do analizy:
jakie jest źródło tych sukcesów, jakie cechy i umiejętności je umożliwiają, jakie warunki
sprzyjają ich osiąganiu. Co ja mogę w tym kierunku zrobić. Wówczas można podjąć decyzję:
albo podejmuję jakiś wysiłek w wytyczonym kierunku, albo sobie odpuszczam, albo
dochodzę do wniosku, że nie mam odpowiednich możliwości lub/ i predyspozycji by pójść tą
drogą. Wtedy warto poszukać sobie czegoś w zamian – by zminimalizować frustrację.
Niezależnie jaką drogą pójdę, pamiętajmy, że składowe zazdrości – złość i smutek wymagają
zajęcia się nimi, rozładowania. Warto więc sprawdzić czy nie mamy przypadkiem przy okazji
czegoś do wypłakania lub jakiejś energii złości do wyrzucenia – takie zagłębianie się w siebie
konfrontuje nas czasami z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości.
Gdy potrafimy w ten sposób poradzić sobie z własną zazdrością, będziemy też
potrafili przekazywać sensowne wzorce postępowania z tym uczuciem dzieciom.

Wstyd
Wstyd sprawia, ze mamy odruch dostosowania się do norm lub oczekiwań większości;
w pewnym stopniu występuje samoistnie, atawistycznie, jak u wszystkich zwierząt stadnych.
Z drugiej strony jest używany intencjonalnie poprzez poszczególnych członków społeczności
jako narzędzie kształtowania zachowań innych i wpływania na tych, którzy w jakiś sposób się
wyróżniają lub wyłamują.
W obecnych czasach mamy do czynienia z sytuacją dość wyjątkową – i sprzyjającą
konfliktom wewnętrznym i zewnętrznym. W głębokiej przeszłości presja grupy była
nadzwyczaj potężna, jednostka wyrzucona poza nawias społeczności zwykle nie miała szans
na przeżycie, więc lęk przed odrzuceniem był niewiarygodnie silny. Wszyscy i wszystkie
gdzieś głęboko nosimy w sobie ślady takich doświadczeń. Z drugiej strony żyjemy w świecie
kładącym wielki nacisk na wartość indywidualności, kreatywność, odróżniania się od innych.
Aby zachować zdrową równowagę pomiędzy przystosowaniem a zaznaczeniem własnej
odrębności, powinniśmy potrafić wychwytywać sygnały wysyłane przez wstyd i za pomocą
racjonalnej części umysłu dokonywać wyboru – zbilansować ewentualne korzyści i straty
wynikające z każdej z opcji i podjąć decyzję. Czasem przeciwstawiając się większości coś
tracimy, ale ważniejsze jest dla na poczucie wierności własnym racjom. Sytuacje w których
taki wybór zagraża nam w jakiś poważny sposób, nie zdarzają się bardzo często, dlatego taki
moment analizy i ważenia racji jest ważny – gdy automatycznie, bezrefleksyjnie wybierzemy
opcję podporządkowania się, potem możemy żałować lub źle się czuć.
Nadmierny wstyd jest bardzo destrukcyjny, dlatego należy zachować wielką
ostrożność z odwoływaniem się do niego w procesie wychowawczym. Jeśli uważamy, że
dziecko w poważny potrzebuje jakiegoś upomnienia, lepiej porozmawiać z nim o tym na
osobności, wyjaśnić swoje stanowiskom spróbować poznać jego racje, zobaczyć czy ono
naprawdę rozumie czego od niego wymagamy albo jakie normy przkroczyło. Akcje
publicznego zawstydzania wiążą się zwykle z upokorzeniem zaciemniającym zdolność
rozumienia w związku z czym nie mogą być skuteczne. Nie mówiąc już że są niehumanitarne.
Silny, chroniczny wstyd jest charakterystycznym czynnikiem występującym u dzieci (i
nie tylko dzieci) z rodzin alkoholowych. Osoby, zachowujące się tak jak gdyby ich nie było,
pragnące zniknąć, bardzo często obciążone są tego rodzaju doświadczeniami. Jeśli mamy tego
świadomość, może nam to pomóc w relacji z takim dzieckiem.
Wstyd pojawia się też często wtedy, gdy mamy poczucie, ze zrobiliśmy coś złego – w
jakimś stopniu pokrywa się z tym , co nazywamy sumieniem. Ramy krótkiego artykułu nie
pozwalają na pogłębione rozważania filozoficzne, roztrząsanie czy jest to cecha wrodzona czy
nabyta. Ale warto zanotować, że jest to pewien problem do indywidualnego rozważenia – i w
dogodnej porze o tym pomyśleć.

Strach
Strach ma przede wszystkim funkcje ostrzegawcze; informuje o zagrożeniu i
mobilizuje energię. Daje siłę by uciekać lub się bronić, podsuwa intuicyjne błyskawiczne
impulsy by się schować lub w inny sposób właściwie zareagować. Dlatego model osobowości
pod tytułem „niczego się nie boję” jest w gruncie rzeczy destrukcyjny. Jeśli w jakikolwiek
sposób deprecjonujemy reakcje dziecka związane ze strachem, uczymy je w ten sposób by
ignorowało impulsy, które - w skrajnym wypadku - mogą uratować mu życie. Wychowujemy
kogoś, kto podpuszczany tekstem w rodzaju „No, chyba się nie boisz?”, zrobi największe
głupstwo, by nie za żadną cenę nie dotknął go (lub ją) zarzut tchórzostwa.
To, na co warto zwracać uwagę, to oddech. Ważny w ogóle dla odczuwania, ale
szczególnie istotny w wypadku tej emocji. Gdy mamy nawyk zaczerpnięcia głębokiego
haustu powietrza w każdej sytuacji – wtedy gdy pojawia się strach, oddech przywołuje nas do
„tu i teraz”, łatwiej szybko zorientować się czy zagrożenie jest realne czy wyimaginowane lub
wyolbrzymione i odpowiednio do tego się zachować. Z kolei ktoś, kto ze strachu oddech
całkowicie wstrzymuje, zastyga, jest zahipnotyzowany, tym bardziej może ucierpieć.
Strach to nie to samo co lęk. O ile ten pierwszy jest impulsywną reakcją na bieżące,
realne niebezpieczeństwo, drugi związany jest z traumami doznanymi w przeszłości albo
ogólnoludzkimi atawizmami (na przykład lęk przed ciemnością lub wężami). Czasem powody
lęku wydają się nam zupełnie irracjonalne lub śmieszne, ale nie warto z mety dyskredytować
osoby taki lęk przejawiającą – nigdy do końca nie wiemy jaka jest jej historia.
Proponuję sporządzenie z dziećmi wielkiego spisu różnych strachów. Gdy okaże się,
jak mogą być różne i czasem dla na niepojęte - można bać się pająków, zastrzyków,
ciemności, szybko jadących samochodów, meduz i innych galaret, psów, - łatwiej będzie
nam rozumieć jak ludzie są różni. A dla nas dorosłych, to dobra sposobność by poznać dzieci
od innej strony. Przy okazji sporządzania takiej listy, możemy rozmawiać i klasyfikować,
które zagrożenia są naprawdę niebezpieczne i w jakich okolicznościach, a jakie nie.

Duma
Wielu dorosłych obawia się, że duma jest zbyt bliska egoizmu, że od chwalenia może
przewrócić się dziecku w głowie, że cnota pokory jest tym co w trakcie wychowania należy
wpajać przede wszystkim. Ale właściwie rozumiana duma to zdrowe poczucie własnej
wartości i podmiotowości. Nie potrzebuje ona rywalizacji, udawadniania za wszelką cenę
swej wyższości, nie musi porównywać się z innymi, szukać kogoś gorszego, by być z siebie
zadowolona. Tak rozumiana duma ściśle się wiąże z realistyczną oceną własnej osoby: wiem
jakie są moje mocne strony i jestem z nich dumny, ale też wiem, że to i owo mogę poprawić,
a także zdaję sobie sprawę, ze nie jestem ideałem ani herosem i mam strony słabsze – i
akceptuję ten fakt. Istotna jest właśnie świadomość sobie, postrzeganie siebie jako bytu
dynamicznego, zdolnego do rozwoju, decydującego o sobie, ale też znająca ograniczenia –
prawdziwa duma łączy się ze szczyptą pokory.
. Kiedy zaś duma zamienia się w zadzieranie nosa czy wręcz pychę, można
podejrzewać, że kryje się za tym poczucie jakiegoś braku – wtedy mamy do czynienia z
kompensacją, czymś zamiast, a nie prawdziwym docenieniem siebie.
Z jednej strony duma jest rewersem zazdrości (nie porównujemy się z innymi, tylko
doceniamy to co mamy), z drugiej – jej uzupełnieniem (duma: fajnie jest jak jest; zazdrość:
ale może być jeszcze fajniej, jeśli zrobię to i to).

Radość
Radość pojawiała się już w artykule dotyczącym skutku, Tu dodam kilka zdań na
temat jej zadań – bo na co dzień słabo sobie to uświadamiamy. Radość pokazuje nam drogę w
życiu - co nam jest potrzebne i co nam służy. Mamy sporo powiedzeń rodzaju „najpierw
obowiązek, potem przyjemność” i tak zwanych „mądrości życiowych”, przekonań które
umniejszają lub wręcz podważają jej rolę. Jeżeli sprawiają one, że przestajemy słuchać
radości. Istnieje dość powszechne przeświadczenie, że to co przyjemne nie może łączyć się z
tym, co użyteczne, że radość to rozrywka, a praca to ciężki znój. Dobrą metaforą tej wizji
świata jest bajka o mrówce i polnym koniku. Lęki związane z podążaniem swoją drogą mają
mocne ugruntowanie w świadomości społecznej; nawet jeżeli mają jakieś uzasadnienie
wywodzące się z zamierzchłych doświadczeń ludzkości, to współcześnie działają bardziej na
zasadzie samospełniającej się przepowiedni niż trzeźwej ocenie rzeczywistości.
Dość łatwo zaobserwować, że najlepsze wyniki osiągają ludzie, którzy łączą
działalność zawodową z pasją – czyli pozostają w zgodzie ze swoją radością. A nawet gdy
nasza praca nie wiąże się z oszałamiającymi sukcesami finansowymi lub prestiżem, jeśli tylko
nas ona cieszy, łatwiej nam utrzymywanie wewnętrznej równowagi, znacznie mniej będziemy
też podatni na zagrożenie wypalenia zawodowego.
Często widzimy ile czasu, energii i entuzjazmu wkładają dzieci – w różnym wieku -
w aktywność wtedy, gdy coś je interesuje, cieszy. W systemie edukacyjnym Finlandii bardzo
duży procent czasu przeznaczonego na naukę w szkole podporządkowany jest
zainteresowaniom ucznia – czy to jest literatura czy sport, fizyka czy komputer, szkoła jest
zobowiązana wspierać, stwarzać jak najlepsze warunki do rozwijania pasji ucznia. Nauczyciel
ma wspierać i pomagać, nie narzucać i egzekwować. To sprawia, że z jednej strony dzieci
lubią chodzić do szkoły, z drugiej efekty nauczania są rewelacyjne; Finlandia ma jedne z
lepszych wskaźników światowych w tej dziedzinie. Nie wiem jakie założenia dokładnie
przyświecały twórcom tego systemu, ale podejrzewam, że nie bez znaczenia jest chęć
tworzenia w dzieciach mechanizmu wewnętrznego kojarzącego pracę z radością i energią,
potrzeba kształtowania jednostek będących podmiotami a nie przedmiotami działań innych
osób. Nie wiemy nigdy co dokładnie będziemy robić w życiu, świat zmienia się tak szybko,
że musimy uczyć się błyskawicznego dostosowywania się do wciąż nowych warunków – a
osoby potrafiące odnajdywać radość w tym co robią, będą z pewnością nie tylko szczęśliwsze
ale także bardziej efektywne.
Niniejszy cykl krótkich artykułów miał za zadanie przekonać lub dostarczyć
argumentów potwierdzający przekonanie, że nie możemy ignorować sfery uczuć. Zwłaszcza
pracując z dziećmi powinniśmy mieć podstawową wiedzę na temat działania emocji i
sposobów racjonalnego z nimi postepowania. Zachęcam gorąco do bliższego zainteresowania
się tym tematem. Żeby faktycznie odnieść korzyść, warto poświecić trochę czasu na
zagłębienie się w dostępną literaturę - i w siebie samego (lub siebie samą).

Dział: Artykuły
piątek, 16 sierpień 2013 12:13

Klucze

[Tutaj treść artykułu "Klucze"]

Dział: Spis etykiet
niedziela, 11 sierpień 2013 17:26

Żaba Eugenia i ocean uczuć

Tego dnia żaba Eugenia wyskoczyła z łóżka w doskonałym humorze - lekkim i tęczowym jak mydlane bańki.
- Hurrra! Ale pogoda! – zawołała i z radości podskoczyła kilka razy.
Pogoda rzeczywiście była piękna. Tylko niebo i słońce – zupełnie jak na rysunku pandy Barbary, kiedy połamały jej się wszystkie kredki oprócz żółtej i niebieskiej. Panda Barbara popłakała się wtedy, bo chciała narysować chmury, ale nie miała czym. Teraz na niebie też nie było ani jednej chmurki, ale żaba Eugenia wcale nie miała zamiaru płakać. Wręcz przeciwnie! Była zachwycona. Zachwycona, wniebowzięta i szczęśliwa! Wreszcie mama pozwoli jej włożyć do przedszkola tę sukienkę na ramiączkach, na którą ciągle było za zimno! Eugenii chciało się śpiewać z radości! Jednym susem wpadła do kuchni.

Dział: Bajki